Dwudziesty piąty [Tom2]

Schodzę na dół po schodach prowadzących do holu i zbliżam się do drzwi. Całe szczęście Lukas pomyślał o judaszu. Mrużę jedno oko i wyglądam przez dziurkę. Mimo, że wszystko jest niewyraźne udaje mi się rozpoznać sylwetkę Noaha. Pozostała dwójka musi w takim razie być jego znajomymi z wioski. Marszczę brwi i w głowie pojawia się jedno pytanie: Po co wrócił?

Chwytam za klamkę i otwieram drzwi. Noah uśmiecha się z szacunkiem i kłania się delikatnie. Jego towarzysze robią to samo, co tylko jeszcze bardziej mnie niepokoi.

- Noah, co się stało? – odsuwam się od drzwi robiąc im miejsce. Cała trójka wchodzi do środka.

- Słyszeliśmy co się stało. – Odpowiada jeden z nich. Jest najniższy, ale za to ma najgęstszą brodę. – Chcemy pomóc w odnalezieniu panienki przyjaciela.

- Ah, tak – zdumiona podnoszę brwi. – Mam rozumieć, że cała wasza trójka chce pomóc? – Patrzę na nich z dystansem, bo inaczej nie potrafię. Cała sytuacja wydaje się po prostu niewiarygodna.

- Jest nas więcej, pani. I każdy z nas jest gotowy oddać życie. – Uzupełnia trzeci z mężczyzn. Rzucam mu sceptyczne spojrzenie.

- A gdzie reszta? – Pytam i w tym samym momencie ktoś puka do drzwi. Odwracam głowę w ich stronę i patrzę się na nie przez chwilę. To wszystko musi być snem. Noah najwyraźniej wiedzący kogo to niesie podchodzi do drzwi i otwiera je na całą szerokość. Do wnętrza domu wchodzi kilku upadłych aniołów. Ah,  więc to tak. Domyślam się reszty.

- Noah, czy ty sprowadziłeś całą swoją wioskę?

- Owszem – odpowiada za niego Feliks wchodzący do przedsionka.

- Feliksie! – Robię krok w jego stronę i uśmiecham się. Zaraz jednak moja mimika się zmienia. – Ale…nie możesz. Ktoś może zginąć, a…

- Spokojnie, Gajo. – Feliks wyciąga rękę i kładzie mi ją na ramieniu w ojcowskim geście. – Wszyscy, których tutaj widzisz są tu z własnej woli.

Wzdycham cicho i patrzę wojownikom w twarz. Nie ukrywam, pomoc by się przydała, ale czy to jest dobry pomysł? Z rozmyślań wyrywa mnie dotyk Noaha. Skupiam na nim wzrok. Ten rosły mężczyzna patrzy na mnie z prawdziwą miłością i oddaniem. Podświadomie wiem, że każdy mieszkaniec górskiej wioski będzie patrzył tak samo.

Noah kiwa lekko głową zachęcająco. Wzdycham.

- Dobra, niech wszyscy wejdą do środka. Ludzie zaczną coś podejrzewać. – Decyduję. Chcę by wszyscy się zmieścili w salonie, ale na koniec i tak wychodzi na to, że każdy siada tam gdzie sobie znajdzie miejsce. Ja nie siadam. Staję przy kominku i patrzę na tych wszystkich aniołów, którzy przebyli długą drogę by tutaj być. Chcąc nie chcąc patrzę na nich z wdzięcznością i wielkim podziwem.

W pomieszczeniu niemal natychmiast zalega cisza. Wszystkie pary oczu są skierowane w moją stronę, więc domyślam się, że powinnam coś powiedzieć. Biorę głęboki wdech i zaczynam mówić, a słowa same płyną z głębi serca.

- Na początek chciałabym wam wszystkim podziękować. To naprawdę wiele dla mnie znaczy. Jednak sama nasza obecność nie wystarczy. Jesteśmy armią, ale musimy mieć też plan. Liczę na waszą pomoc. – Tu patrzę na Feliksa, który w odpowiedzi kiwa głową.

Dorzucam jeszcze parę słów, każąc im czuć się jak u siebie w domu, a potem udaję się z Feliksem do biblioteki. Z jakiegoś powodu uznaję, że to tutaj będzie nam się najlepiej myślało.

- Trochę tu nabałaganiłam. – Przyznaję uśmiechając się usprawiedliwiająco, kiedy zauważam, że Feliks rozgląda się po pomieszczeniu. Uśmiecha się pod nosem.

- Oglądam wystrój wnętrza, Gajo. Choć nie ukrywam, że przydałoby się tu sprzątnąć.

- Cóż…potem się tym zajmę. – Odpowiadam i wskazuję na fotele w rogu. – Może usiądziemy? Chciałabym ci coś pokazać. – Proponuje i ruszamy w tamtym kierunku. Po drodze zabieram ze sobą księgę, w której, prawdopodobnie, zapisana jest cała nasza historia.

***

- Niesamowite. – Mówi pełen zdumienia. – Ustaliliśmy już niemal cały plan. Znamy ich słabe punkty. Wiemy wszystko… – Kontynuuje ze świecącymi oczami. – To skarb. – Dodaje patrząc na księgę leżącą na moich kolanach. Spuszczam głowę w dół i również na nią patrzę. Tak..to skarb. Zamyślam się, głaszcząc opuszkami jej skórzaną okładkę.

Moje myśli płyną w stronę naszego planu.

- Skąd pewność, że to tam jest przejście? – Pytam podnosząc wzrok na Feliksa.

- Zaufaj mi. Za dwa dni rozpoczyna się pierwsza faza księżyca.

- Nów… – wtrącam zamyślona.

- Dokładnie. – Kiwa głową przyznając mi rację. – Obszar księżyca zwrócony do Ziemi jest wtedy nieoświetlony.

- Ale co do tego wszystkiego ma księżyc?

- Co jakiś czas przyjście się otwiera. Potrzebne są do tego między innymi pierwsza faza księżyca.

- A inne czynniki?

- Nie jest to aż tak ważne. Potrzebna jest ofiara, wyprawia się obrzęd…

- I to jest nieważne, tak? – Pytam lekko blednąc. Mój Boże..

- Nie dla nich. – Wyjaśnia, a ja kiwam lekko głową, ale nadal czuję się słabo. – Dobrze się czujesz? Pani? – Feliks pochyla się w moją stronę patrząc na mnie z uwagą.

- Tak, tak.. – odpowiadam i pochylam się do przodu z powodu narastających mdłości. Wychylam się za fotel i wypróżniam ze wszystkiego żołądek. Na plecach czuję dłoń Feliksa. Kaszlę, czując ból w gardle. Coś uciska mnie w podbrzuszu. Łapię się za brzuch i opieram czoło o oparcie fotelu.

- Już dobrze?

- Tak. – Chrypię, ale daleko mi do dobrego samopoczucia.

- Chodź, połóż się na chwilę, Pani. – Feliks pomaga mi wstać, a następnie położyć się na kanapie. Wzdycham.

- A plan? – Pytam w ostatnich przebłyskach świadomości.

- Nie martw się tym. Dopilnuje wszystkiego. Śpij – Dobiega mnie spokojny głos anioła i jest to ostanie co słyszę zanim tracę świadomość.

___________________

Już powoli będziemy kończyć, co?
Chcecie kolejną część? – Mam na nią pomysł, tylko chcę wiedzieć, czy ją chcecie :)
Obiecuję, że tam publikowanie nie będzie odbywało się aż w takich odstępach.
Właściwie ostatnim czasie tylko mi się to tak rozjechało. Mam nadzieję, że nie macie mi tego bardzo za złe.

Dziękuję, że mimo wszystko jesteście.
Buziaki :*